
Nie cierpię polityki. Od lat widzę w niej więcej gry niż odpowiedzialności, więcej interesów niż troski o człowieka. Ale to, co dzieje się dzisiaj w naszym kraju, woła o pomstę do nieba. To już nie jest zwykły chaos. To jest instytucjonalna bylejakość, przykrywana frazesami i propagandą, której nie da się już słuchać.
Od miesięcy powtarza się ludziom, że „na wszystkim zależy obcym siłom”, jakby to miało być magiczne usprawiedliwienie na wszystko. Jakby wystarczyło powiedzieć jedno nazwisko czy wskazać jeden kierunek świata, żeby nikt nie pytał:
– dlaczego brakuje pieniędzy w NFZ
– dlaczego szkoły szukają oszczędności
– dlaczego państwowe pieniądze wypływają jak z dziurawego wiadra,
– dlaczego obywatele mają znowu zaciskać pasa.
Ta mantra stała się wygodną zasłoną, by nie mówić o tym, co najważniejsze: część naszych problemów to efekt wieloletnich zaniedbań i braku kompetencji we własnym domu.
Absolutnie potępiam agresję, wojnę i politykę wysyłania ludzi na śmierć z bezpiecznego gabinetu. Wojna w XXI wieku to moralne dno. Ale obrzydliwe jest wykorzystywanie cudzych tragedii jako politycznej wymówki, by ukryć własne błędy i własną nieudolność.
Bo prawdziwe problemy są tu, u nas.
Szpital nie jest firmą i nie może bankrutować.
Szkoła nie jest linią produkcyjną i nie może „nie mieć środków”.
Państwo nie jest prywatną fundacją, z której polityk wydaje na co chce.
Każdy ma prawo pomagać komu chce. Nikt nikomu nie zabrania wspierać innych, wysyłać pieniędzy, organizować zbiórek — to piękne, jeśli wypływa z serca.
Ale róbmy to z własnej kieszeni, jeśli kogoś na to stać a nie z budżetu, którego dziury są większe niż wszystkie obietnice razem wzięte.
Bo jak długo jeszcze będziemy patrzeć na to, że:
– ludzie umierają w kolejkach na SOR-ach,
– dyrektorzy szkół głowią się jak dopiąć kolejny miesiąc.
– strażacy jeżdżą sprzętem pamiętającym poprzednią epokę,
– a jednocześnie słyszymy o kolejnych „gestach solidarności”, jakbyśmy byli krezusami?
Nie bądźmy bohaterami cudzym kosztem.
Jeśli ktoś czuje, że stać go na wsparcie — świetnie, niech pomaga.
Ale nie wpychajmy do tego portfeli ludzi, którzy nie mają za co leczyć własnych bliskich.
Trzeba się wreszcie opamiętać.
Bo dziś żyjemy w permanentnej wojnie wewnętrznej.
Kłócimy się o wszystko.
Podważamy to, co powinniśmy wzmacniać.
A z boku inni patrzą i śmieją się do rozpuku, bo mało jest narodów tak podzielonych, i tak gotowych gryźć samych siebie, jak nasz.
Jeśli chcemy być naprawdę odporni na jakiekolwiek zewnętrzne wpływy, musimy zacząć tam, gdzie zaczyna każde poważne państwo:
od bezpieczeństwa wewnętrznego i profesjonalnej ochrony infrastruktury krytycznej i dbałości o własnych obywateli.
Nie na pokaz.
Nie w przemówieniach.
Nie w formie „pilnych konferencji”.
Ale realnie.
Bo dopóki będziemy się żreć między sobą, dopóki będziemy rozdawać pieniądze, których nie mamy, dopóki będziemy udawać, że sytuacja jest „pod kontrolą”, to będziemy jak straż pożarna gasząca pożar dziurawym wężem.
Czas skończyć z tą groteską.
Czas na państwo, które najpierw dba o własne fundamenty, a dopiero później rozdaje wielkie deklaracje.
Bo jeśli sami się nie otrzeźwimy, nikt za nas tego nie zrobi.
Autor: Jędruś Ciupaga

Dodaj komentarz